sobota, 16 września 2017

Rozdział II

- Może się przejdziemy? Jestem pewien, że zmienisz zdanie. - Był tak onieśmielający, że nie mogłem się sprzeciwić.. Pociągnął mnie za rękę do wyjścia i otworzył ciężkie, drewniane drzwi przymocowane żelaznymi zawiasami. Owiał mnie ten sam, melancholijny zapach rosy i świeżego poranka jak wtedy, gdy otworzyłem okno. Powietrze było nieskazitelnie czyste i zdolne zachęcić, każdego mieszkańca do pracy. I ja się dziwiłem, dlaczego ludzie tak zapalczywie pracują na polach.. Usłyszałem bijące dzwony kościelne. Rozejrzałem się i zauważyłam jak z kościoła wybiega para młoda.. Dwie kobiety. Szczęśliwe, w białych zwiewnych sukienkach.
- Dzisiaj ślub wzięły Mary i Valerie. - orzekł Piar dumny.
- Ale.. To dwie kobiety..- przerwałem. Nie miałem kompletnie nic przeciwko, ale bylem zaskoczony. W moim świecie to nie zawsze jest realne.
- Tutaj wszystko jest dozwolone, co by uszczęśliwiło człowieka.. - po tych słowach zaciągnął mnie dalej. Rozglądałem się wszędzie. Miasteczko było jak z bajki.. Kamienne lub drewniane domy, przystrojone winoroślami lub własnoręcznie przyciętymi kwiatami. Ścieżki wyłożone płaskimi kamieniami.. Rzeczka przecinająca ziemie, w której płynęła czysta woda.. Całe miasteczko, jest otoczone górami i to właśnie z nich wypływała życiodajna woda. Piar splótł nasze dłonie. Nie przeszkadzało mi to, bo bylem zbyt pochłonięty widokami. Nagle usłyszałem huk dobiegający zza domu który mieliśmy zaraz minąć. Wychyliłem głowę i ujrzałem brązowowłosą kobietę w brudnobiałym fartuszku, koszuli w kratę i okrągłych okularach. Jeden guzik rozpiął się ukazując jej wydatne duże piersi. Leżała na kamiennej ścieżce, a wokół niej leżały porozwalane tubki z farbami, pędzlami i sztaluga.
- Czy wszystko dobrze? - pomogłem jej wstać. Dziewczyna podniosła się, w pośpiechu zapinając niesforny guzik. Po chwili odezwała się speszona.
- Przepraszam.. Potknęłam się o wystający kamień.. - zaczęła zbierać farby. Piar momentalnie pomógł jej się z tym uporać.
- Nie szkodzi.. - z ciekawości widząc jej rzeczy spytałem - malujesz? - ona wyraźnie nagle rozpromieniona odpowiedziała - tak! Chcesz zobaczyć kilka moich obrazów?
Piar widocznie zniesmaczony, najwyraźniej wiedząc jak się skończy moje pytanie, wziął mnie za rękę i orzekł - nie dzisiaj.. Chce go oprowadzić po okolicy..
- Ale..! Mój dom jest częścią tej okolicy! Nalegam! - odparła patrząc nrozpromienionymi oczami. Nie mogąc się oprzeć zgodziłem się, a ona pociągnęła mnie w stronę domku który.. Był właśnie obok nas. Żeby akurat wywalić się tuz przed własnym domem?
Domek był jak każdy inny, tylko ten dla odmiany nie był przystrojony żadnymi kwiatami. Najwidoczniej nie zależało jej na tym jak z zewnątrz wyglądał jej dom.. Coraz bardziej intrygowało mnie, jak wygląda on w środku. Otworzyła drzwi, jednak u progu spytała się - a właśnie chłopcze jak masz na imię? - spojrzała się na mnie ciekawa. Obejrzałem się na Piara. On również wydawał się ciekawy mego imienia, bo dotąd mu go nie zdradziłem.
- Fuyo.. - na moje słowa Piar zdziwił sie. Nie spodziewałem się ze zna japoński.. Moje imię oznacza "niechciany". Moi rodzice tak mną gardzili, że na przyszłość dali mi właśnie takie imię. Spojrzałem upokorzony na dziewczynę, która najwidoczniej nie znała znaczenia mojego imienia, bo z uśmiechem potrząsnęła moją dłonią i również się przedstawiła jako Róża.
- Będziemy dobrymi sąsiadami! - rzuciła po czym wciągnęła mnie do swojego domu.
   ***
Kompletnie mnie zatkało kiedy zobaczyłem jej prace, które swoja ilością niemal tworzyły ściany domu. Nie miałem pojęcia jak powinienem skomentować.. Te szkaradne obrazy. Jedne było pewne: miała potężne pokłady ambicji i cierpliwości, jednak zero talentu.. Naprawdę nie chciałem tego jej mówić, bo wydawała się świetną dziewczyną. Zaczęła po kolei opisywać swoje obrazy. Podpadł mi do gustu swoją brzydotą, jeden obraz, na którym został uwieczniony pomarszczony staruszek w cylindrze. Jego zmarszczki były podkreślone nierównymi pociągnięciami pędzla, a twarz rozjechana na boki. Najwidoczniej był on malowany na zamówienie, jednak kupującemu się on nie spodobał. Róża spostrzegła moje zaciekawienie i wypaliła - mogę ci go sprzedać!
- Nie dziękuję! - odpowiedziałem błyskawicznie, machając dłońmi, jakby chcąc odtrącić pomysł dziewczyny - nie trzeba.
- No to oddam! W prezencie! Mój dom zalega w obrazach.. - powiedziała smutno. Nie chcąc urazić dziewczyny zgodziłem się.
- Okej. Wezmę go. - po tych słowach uradowana Róża rzuciła się na mnie, przygniatając biustem moja pierś. Przez chwile straciłem oddech i ledwo utrzymałem się na nogach. Rzuciłem okiem na Piara. Mial rozbawioną i jednocześnie zażenowaną minę, zastanawiając się zapewne gdzie mógłby w swoim domu, schować ten szkaradny malunek. Nowa przyjaciółka odkleiła się ode mnie i wcisnęła mi w ręce podarunek.
- Proszę bardzo. To na uczczenie naszej znajomości. - powiedziała po czym pocałowała mnie czule w policzek. Naprawdę ją polubiłem.. Chciałbym być taki jak ona. Nie przejmować się opinią innych, dążyć do celu nie zważając na przeszkody.. Jestem szczęśliwy, że mogę być jej przyjacielem. A ona moja przyjaciółka.. Zabawne, bo od kilkunastu lat, to nagle zaczęło mieć dla mnie wielkie znaczenie.

Rozdział I

Otworzyłem oczy. Pierwszym co zobaczyłem był sufit zbudowany z jasnych solidnie przymocowanych  desek. Co to za miejsce? To już jest te.. Diones?
- Dzieńdobry~ - centralnie po mojej prawej odezwał się głos. Odskoczyłem i z zaskoczeniem stwierdziłem, że u boku mojego łóżka siedzi Piar.
- D-Dzieńdobry? - nie kryłem zdziwienia. Był tak samo piękny jak wtedy,  gdy go pierwszy raz zobaczyłem. Rozejrzałem się po pokoju. Był urządzony po swojsku jak i pewnie reszta domu. Na szafce nocnej, obok mojego łóżka stały kwiaty. Obok szafki stała duża szafa z wyrzeźbionymi pięknymi wzorami. Spojrzałem na złotowłosego, który nie spuszczał ze mnie wzroku, co było dość krępujące. - to twój dom..?
- Tak. Narazie zostaniesz tutaj, dopóki mieszkańcy nie wybudują ci domu.
- Domu? Dla mnie? Ale to chyba muszę zapłacić..
- Tutaj nie musisz się martwić o nic.. - zanim się obejrzałem pochylił się nade mną i pocałował moje czoło. Jego niesamowity zapach owiał moje ciało,  a oczy,  w których niemal przelewało sie złoto sprawiły,  że niemal w nich zatonąłem. Poczułem, że się czerwienię, więc momentalnie spuściłem wzrok. Ej, zaraz.. Gdzie się podziały moje ubrania? I czemu zamiast nich mam na sobie białą koszulkę?
- Cz-czy ty..
- Hm..? Tak, przebrałem cię. Tamte ubrania były już brudne. - powiedział i potem pochylając się dodał - jest taki malutki.. - uśmiechął się złośliwie doprowadzając mnie do wypieków na twarzy i wyszedł z pokoju mówiąc, że idzie zrobić coś do jedzenia. Ja zostałem sam w pokoju. Naciągając koszulkę prawie do kolan podszedłem do szafy i otworzyłem ją. W środku znalazłem spodnie. Całe szczęście. Były trochę przyduże ale wsunąłem w nie koszulę, więc było w sam raz. Podszedłem do okna i rozsunąłem zasłony. Oślepił mnie blask słońca więc przymknąłem oczy. Zobaczyłem pola i wzgórza i domki w oddali, czyli to czego się spodziewałem widząc wystrój tego domu. Trawa pokryta rosą jeszcze lśniła w porannym słońcu. W oddali na polach dostrzegłem pracujących ludzi. Pochyleni zbierali plony, które przy tak pięknej porze obficie dojrzały na polach. Zaciągnąłem się ciepłym powietrzem z podwórka. Jak to możliwe, że przeniosłem się do tak pięknego miejsca..? I ten cały Piar.. Nie pozwoliłem aby mnie przebierał.. Ale w sumie nie miał wyboru. Nic nie pamiętam z naszej wędrówki, więc pewnie zasnąłem.
 Odsunąłem się od okna i podążyłem korytarzem, w którym zniknął Piar. Usłyszałem nucenie dobiegające z końca korytarza. Gdy tam dotarłem, zobaczyłem, że mieści się tam średniej wielkości kuchnia. Piar stał przy kamiennym, oszlifowanym blacie kuchni i mieszał coś w misce. Szafki w kuchni,  były zmontowane z ociosanego i wyrzeźbionego drewna. Coś na kształt szafy w pokoju. W kuchni mieścił się też stolik z taboretami w sam raz dla dwóch osób. Mimo, że nie wiem co zamierza ugotować Piar, to mój brzuch dał o sobie znać intensywnym burknięciem.
- Oho, nasz śpioszek jest głodny - już stał przodem do mnie mieszając w misce. Przysięgam, na chwilę tylko spuściłem go z oka a on już zdążył się odwrócić.. Onieśmiela mnie.
- Tak.. Nawet bardzo.. Co robisz?
- Naleśniki. Lubisz?
- Bardzo. Najlepsze z konfiturą..
- Mam pyszną konfiturę z owoców z sadu. Na pewno ci posmakuje.
- Zauważyłem, że wszystko tu jest takie.. Naturalne. To miasto.. A raczej wieś.. Zawsze jest tu tak pięknie?
- Oczywiście, zawsze jest dobra pogoda co sprzyja plonom, dlatego nie brakuje nam jedzenia. Mamy go wręcz zbyt dużo. - uśmiechnął się ukazując swoje białe zęby. Nigdy nie spotkałem piękniejszej osoby jaką jest Piar. Miałem ochotę go przytulić. A najlepiej, aby on to zrobił.. Gdy na niego patrzyłem wciąż czułem na czole pocałunek, który mi podarował zaledwie kilka minut temu.
- Może w czymś pomóc..? - zaofiarowałem się.
- Nie, wszystko już jest gotowe. Pozostaje tylko usmażyć naleśniki. Usiądź do stołu - powiedział. Posłusznie usiadłem pzy stole. Rzeczywiście, stolik był już nakryty śliczną serwetką, porcelanowymi talerzami i miedzianymi sztućcami. Stała tam także miseczka z ciastkami zbożowymi. Podkradłem jedno i zjadłem by pokonać pierwszy głód. Były idealnie słodkie, z rodzynkami i jakimś jeszcze suszonym owocem, którego nie zdołałem zindentyfikować.
Nagle na moim talerzu wylądował naleśnik.
- Smacznego! - powiedział Piar i postawił na stoliku owocową konfiturę po czym zabrał się za pieczenie kolejnego naleśnika. Naleśnik był idealnie zarumieniony i pachniał świetnie. Nasmarowałem go konfiturą, chwyciłem za sztućce i już po chwili talerz był pusty. W chwili gdy przeżuwałem ostatni kęs, kolejny naleśnik wylądował na moim talerzu.
- Są pyszne. Nawet moja mama nie robi takich dob.. -  załamał mi się głos. Zakłuło mnie w sercu. Spuściłem głowę. Łzy zaczęły cisnąć mi sie do oczu. Powoli zaczęły spływać po moich policzkach i lądować na naleśniku. Jakim prawem tak dobrze się bawię? Rodzice mnie wyrzucili z domu, pewnie wiecej ich już nie zobaczę.. Chcę do domu. Do rodziny, nie ważne, że najpewniej mnie nie wpuszczą do domu. Ja.. - w tej chwili poczułem jak czyjeś ręce przytulają mnie w pasie. Poczułem zapach Piara i jego włosy muskające mój policzek.
- Trzęsiesz się.. I płaczesz.. Co się stało..? - ciepły głos Piara zaświstał w moich uszach.
- Moi rodzice.. Ja.. Chce.. Do nich wrócić.. - głos jeszcze bardziej mi się łamał. Chwycił mnie za brodę i zmusił bym spojrzał mu w oczy.
- Oni cię wyrzucili z domu. Teraz tutaj jest twoje miejsce - opowiedział stanowczo. Odsunąłem się i wstałem.
- Nie, wcale cię nie prosiłem o pomoc. To ty się przyszwendałeś do mnie. Czego chcesz? Abym się tu beztrosko zabawiał? Podczas gdy rodzice się mogą o mnie martwić?
- Przecież nie wyrażałeś wtedy sprzeciwu, gdy zaproponowałem, że cię tu zabiorę. - jego głos nadal był spokojny i opanowany.
- Bo byłem pijany do jasnej cholery! - krzyknąłem. Skierowałem się w stronę drzwi, gdy nagle wziął mnie za rękę i oparł o ścianę.
- Tutaj będziesz szczęśliwy. Nikt tam na ciebie nie czeka..
- Owszem czeka! Czekają rodzice! - rozpaczliwie próbowałem się uwolnić z jego uścisku - ja.. Ja nie mam już nikogo oprócz ni..! - nie dokończyłem, bo właśnie w tym momencie usta Piara przywarły do moich. Trącił moją dolną wargę językiem. Zmiękły mi nogi. Miał takie miękkie i ciepłe usta..  Łzy spłynęły po policzkach i zakończyły swój bieg w kąciku moich ust. Trząsłem się i z płaczu i z przyjemności jaka płynęła z pocałunku. Nie chciałem przerywać, jednak Piar w odsunął się ode mnie i z kojącym uśmiechem na ustach położył ciepłą dłoń na moim policzku. - Może się przejdziemy? Jestem pewien, że zmienisz zdanie.

* * * *

 Oto pierwszy rozdzialik ^^



Prolog

Jeszcze niedawno - nikt nie wiedział o moich sekretach. Osoba którą obdarzałem bezgranicznym zaufaniem okazała się zdrajcą. Teraz - siedzę na ławce i trzymam na w pół pustą butelkę po piwie. Teraz jestem nikim, tą osobą wtapiającą się w tło. A najlepiej częścią chodnika. Wszyscy po mnie chodzą i nie przejmują się moim istnieniem. Teraz siedzę na wilgotnej od rosy ławce i nie mam dokąd pójść. Zaczynam marznąć, na dworze jest przenikliwy chłód. Moje ciało nie nadąża nad regenerowaniem ciepła. Jest tak zimno.. Moje nogi już zdążyły zdrętwieć. Nie czułem ich.  Moje oczy po chwili spostrzegły małą, pustą buteleczkę. Gdy się przyjrzałem lekko drgała, jakby coś niewidzialnego chciało się z niej wydostać. Wstałem z ławki i lekko się zataczając zbliżyłem się i podniosłem ją. W moich rękach zaczęła drgać gwałtowniej. Chwyciłem nakrętkę i niewiele myśląc odkręciłem ją. Usłyszałem głosy. Dobrze znane mi głosy.
- Ahaha! Pedał! Co z ciebie wyrośnie?! - piskliwy głos należał do jednej z koleżanek z klasy.
- Idź się miziać z owłosionymi starcami pedale! - ten głos zaś należał do jednego chłopaka.
- Co ty sobie myślisz? Twoje brudne stopy dłużej tutaj nie postoją! Gdzie podział się mój normalny syn!? - te zaś należały do moich rodziców. To było naprawde dziwne. To wyglądało jakby butelka nagrała wszystkie te głosy. Było ich coraz więcej. Zaczęła się z nich tworzyć jasna mgiełka, zwężała się i przybierała krztałt.. Człowieka? Niemały błysk oślepił mnie i opadłem.. Nie na ławkę, coś mnie złapało. Bałem się, jednak nie mogłem się powstrzymać od otworzenia oczu. Te "dłonie" należały do chłopaka. Był.. Piękny. Inaczej tego nie dało się określić. Wyglądem był starszy ode mnie. Ale najważniejsze było to, że był stworzony jakby ze światła i mgły. Miał ciepły uśmiech, którym obdarzył mnie, gdy otworzyłem oczy. Jego włosy wyglądały jak aksamitne złote nitki, a jego oczy były koloru miodu. Był jak zjawa. Tak, to słowo idealnie go określało. Zauważyłem, że cały się trząsłem - i z zimna i ze strachu.
- Kim jesteś..? - spytałem się a serce mi biło jak oszalałe.
- Och, wybacz mi moje zachowanie - po tych słowach puścił mnie a ja normalnie stanąłem na ziemi. Dopiero zauważyłem, że owa zjawa unosiła się jakieś 10 centymetrów nad ziemią - nazywam się Piar, jestem duchem wędrownym. Po całym świecie poszukuję osób, które zostały porzucone i nie mają gdzie się udać. Jesteś jedną z nich prawda..?
- Ale.. Ja.. Nie rozumiem. - och, więc to duch, nie zjawa.
- ... - po braku odpowiedzi od ducha, uznałem, że oczekuje mojej odpowiedzi na swoje pytanie.
- Tak.. Stałem się gównem w oczach innych i...
- O to mi chodziło! - duch klasnął w dłonie i potarł je. Po chwili najwyraźniej zauważył moje zmieszanie i się poprawił - och, wybacz moją nieelokwentność.. - ujął moją dłoń i kłaniając się pocałował jej wierzch. Jego dłonie były nienaturalnie ciepłe - chciałbym Cię serdecznie zaprosić do mojego miasta Diones. Miasta w którym nie będziesz obawiać się niczego, jest tam dozwolone wszystko, co nie jest tolerowane tutaj. Nie ma bólu, wojny i chorób.
- Ja.. Umarłem?
- Oczywiście, że nie. Diones nie jest niebem, nikt tam nie rządzi, co nie znaczy, że możemy robić co nam się rzewnie podoba. Strzeże nas Wielki Duch, gdy dopadają nas złe emocje, on przybywa i nam pomaga. A ja jestem jego pomocnikiem. To wielki zaszczyt..
- Ja.. Myślę, że nic nie rozumiem..
- Zrozumiesz, gdy zobaczysz. Chodź, na pewno się tam odnajdziesz.. - wyciągnął ku mnie rękę. Ja niepewnie ją ująłem. Nagle złapał mnie i wziął na ręce. Spanikowałem i uczepiłem się jego szyi. Był taki ciepły.
- Spokojnie. Nie puszczę cię. Zanim polecimy.. Masz lęk wysokości..?
- Polecimy? Jak?
- ...
 - Tak.. Troche..
- A więc zamknij oczy i się rozluźnij. Zanim się obejrzysz już tam bedziemy. Postaram się nie lecieć za szybko. - posłuchałem go i pospiesznie zamknąłem oczy. Dopiero teraz, przytulony do Piara odczułem zmęczenie. Zaczął nucić. To była nieznana mi, ale piękna melodia. Jego przyjemne ciepło i miękki głos pieszczący moje uszy, zadziałał jak czerwona płachta na byka. Zanim zasnąłem, usłyszałem głos Piara - "Jesteś teraz jednym z nas".

                           * * * * *

No więc.. Oto prolog. Mam nadzieję że wam się spodoba.